Używałem Photoshopa od szeregu lat. Nie wyobrażałem sobie obróbki zdjęć bez niego. A jednak przyszedł taki dzień, w którym postanowiłem wziąć z nim rozwód…

Ze zdjęciami i ich obróbką jest tak: najbardziej zagorzałymi przeciwnikami ingerencji w zdjęcia są ci, dla których program jest po prostu za trudny. A zdjęcia po prostu wymaga obróbki. To tak jak a polaroidem i aparatem małoobrazkowym: z pierwszego wychodzi gotowe zdjęcie, z drugiego – film najpierw trzeba wywołać, a później zrobić odbitki w ciemni. Nie muszę chyba tłumaczyć które zdjęcia mają lepszą jakość i dlaczego.

Wracając do rozwodu z photoshopem. Używałem go jeszcze w czasach, gdy był w wersji ‚pudełkowej’: kupowało się program i – ewentualnie za kilka lat – upgrade. Polityka Adobe poszła jednak w kierunku zmaksymalizowania zysków i wersje pudełkowe się skończyły. W to miejsce wszedł miesięczny abonament. Od tej chwili photoshop kosztował mnie – na okrągło licząc – 15 € miesięcznie. Czyli 180 € rocznie. To była pierwsza przyczyna.

Druga – to to, że w pakiecie dostałem photoshopa, lightrooma i bridge. Bridge nie używałem, bo – moim zdaniem – faststone czy xnview są i szybsze (co ma kolosalne znaczenie przy dziesiątkach tysięcy zdjęć!) i bardziej przyjazne użytkownikowi. Lightrooma też z resztą nie używałem – bo photoshop daje znacznie większe możliwości obróbki zdjęć niż lightroom. W efekcie kupowałem trzy programy, z których używałem tylko jednego. 

Przyczyna trzecia – to wielkość programów. Są to naprawdę ‚kobyły’ straszne! W dodatku nafaszerowane funkcjami których nigdy bym nawet nie użył! Bo po co mi do szczęścia funkcja tworzenia internetowych galerii w lightroomie, skoro galerie zdjęć na strony internetowe tworzy dziś zupełnie inaczej? Nie w czystym HTMLu a w php – ale twórcy lightrooma albo o tym nie wiedzą, albo nie chcą tego przyjąć do wiadomości. W każdym razie programy są pamięciożerne i właściciele starszych komputerów mogą mieć z nimi spore kłopoty.

Przyczyna czwarta i piąta razem: śledzenie użytkowników i agresywny marketing. W tle cały czas działały programy, które a to sprawdzały, czy zapłaciliśmy abonament, czy mamy najnowszą wersję programu i albo prosiły nas o uaktualnienia lub przypominały że czas zapłacić. To byłoby jeszcze pół biedy. Gorzej, że zachęcały do kupowania zdjęć, proponowały inne programy ze stajni Adobe lub chmurę, w której możemy przechowywać zdjęcia. A jedną z rzeczy, której nienawidzę najbardziej, jest właśnie nachalny marketing. 

No dobrze: ale co w zamian? Photoshop Elements wciąż jest w wersji pudełkowej i kosztuje ok. 100 €. Ściągnąłem go sobie i jak zobaczyłem pierdylion funkcji automatycznych: kliknij – a program zrobi resztę. No i ten interface dla średnio inteligentnego szympansa… Pains Shop Pro od Corela – jak wyżej. 

I wówczas trafiłem na Affinity Photos opracowanego przez Seriff. I to był strzał w dziesiątkę! Ten program w niczym nie ustępuje photoshopowi! Pracuje się w nim dokładnie tak samo – nawet skróty klawiszowe (do których zdążyłem się przyzwyczaić) ma takie same! Żeby było ciekawiej, można w nim zainstalować pluginy zgodne ze standardem photoshopa, czyta i zapisuje pliki z natywnym formatem PS – czyli *.psd – słowem: różnicy nie ma żadnej. No i – uwaga – kosztuje 50 €. Po trzech miesiącach koszt licencji photoshopa mi się zwraca! Nawet jak popatrzycie na zrzuty ekranów – to sami zauważycie, że naprawdę niewiele się różnią.

Od tego czasu nie mam już niczego od Abobe. A z Affinity Photos jestem naprawdę zadowolony. 

Jeśli będę pokazywał w jaki sposób obrabiać zdjęcia (a będę) – to będę korzystał właśnie z Affinity. Którego i Wam polecam.

Na podobny temat:

Podziel się z innymi: